13 listopad 2009 roku to wielki dzień dla wytwórni Sony / Columbia oraz twórcy Dnia Niepodległosci – Rolanda Emmericha. To dzień kinowej premiery jego najnowszej produkcji, filmu 2012 o budżecie przekraczającym 200 mln dolarów. Efekty specjalne biją na głowę wszystko, co do tego momentu moża było zobaczyć na wielkim ekranie. Można by sądzić, że zaczyna się idylla nowego hitu bijącego na głowę wszystko co widzielismy wcześniej. Jednak jest pewne ale – nadchodzi Avatar…..

 

Początek, zgodnie z przewidywaniami jest rewelacyjny. Zaledwie w pierwszym tygodniu przychody związane z tym przedsięwzieciem są na poziomie 40% wszelkich kosztów produkcji. Film dostarcza wrażeń FX, które wcześniej były niewyobrażalne. Do tego doskonała obsada, niebanalny scenariusz biorąc pod uwagę banalnośc zagadnienia klątwy 2012 roku (mielismy już kilka produkcji nawiązujących do tej daty w postaci totalnej szmiry).

.

 

 

Jednak coś wisi w powietrzu – wisi nadchodząca premiera Avatar’a. Szczęście trwa miesiąc, a dokładnie do 18 grudnia 2009 roku, a więc dnia premiery Avatar’a. Film. który w innych okolicznościach nie schodziłby z ust tak fascynatów, jak i krytyków przez wiele miesięcy, w tym dniu przepada w czeluściach produkcji Camerona. Tydzień premiery Avatar’a to nie tylko przyćmienie produkcji Emmericha, to gwałtowny spadek oglądalnosci w skali chyba niespotykanej w dotychczasowej historii kina – przychód spada gwałtownie z 40 do 2 mln dolarów. Czy 2012 na to sobie zasłuzył? Na pewno nie, ale juz dawno magię kina zamieniła magia buzinessu i marketingu poszczególnych wytwórnii. Czyż w tej sytuacji nie można spekulować, że wejscie do kin Avatar’a dalekie było od przypadku? 2012 rozpala publikę do czerwoności jesli chodzi o czary-mary ekranu i staje się doskonałym preludium do pojawienia się w odpowiednim momencie hiperprodukcji w postaci Avatar’a.

Czy mam coś przeciwko Avatar’a – absolutnie nie, czy szkoda mi 2012 – absolutnie tak (nie zważając, iż mimo wszystko zdołał przynieśc przeszło 700 mln przychodów). Ale cóż, w takich żyjemy czasach, podziwiać można kunszt marketingowy Avatar’a, zastanawiać się co by było, gdyby to 2012 pojawił się ze swoją premierą miesiąc po inauguracji Avatar’a. Jednak to oczywiście wyłącznie spekulacje. Osobiście czuję wyłącznie pewien niesmak, związany z faktem chęci, aby wizualne szczęście dozowano mi w odpowiednich odstępach czasu. Zastanawiam się także, jak w tej sytuacji największe wytwórnie sprostają teraz oczekiwaniom widzów, których rozpieściły do granic mozliwości. Czy nadchodzą czasy comiesięcznych premier wielosetmilionowych produkcji? Jeśli nie to publika będzie rozczarowana, jesli tak to szybko się znudzi. I w tym dostrzegam pułapkę, w jaką powoli wpada ta wielka machina ruchomych obrazków.

 

Making of – Avatar; http://makingof.com/posts/watch/1163/-avatar-performance-capture-featurette

Making of – 2012; http://makingof.com/posts/watch/665/escape-from-la 

 

Maciej Kiemski